


© 2019 | Privacy Policy

Marzenna Guzowska

* * *
Malarstwo jest do myślenia
Jacek Sempoliński
Człowiek wrzucony w świat. To dramat sam w sobie. On się odkrywa każdemu jestestwu jako bycie własnego bytu w toku egzystowania zatrważająco ukierunkowanego na nieuchronny niebyt. Bez reguły i bez recepty, częściej w sytuacjach nazwanych granicznymi, ale też w zreflektowanej potoczności albo w uszczęśliwiającym przeżyciu. To nie jest stan nabyty na trwałe lecz chwilowy przebłysk, a tak dojmujący, że zostawia na dalszym życiu jakiś ślad. Ktoś to doświadczenie usiłuje zrozumieć i nazwie poznaniem, ktoś je formuje w wiersz, ktoś zatrzymuje w obrazie, ktoś ucieka w codzienność, ktoś się stacza w rozpacz, ktoś ratuje się wiarą w sens wszystkiego. Wydarzenia uprzytamniania sobie własnego bycia są prześwitami w kurtynie sceny świata, w który jesteśmy zanurzeni. Doznanie prześwitu nie jest metaforą, to ujawnienie różnicy ontologicznej między bytem i byciem, to wywołanie poczucia innej obecności spoza granicy fizyczności.
O tym wprost mówią obrazy, na które patrzę. Nie opowiadają, lecz mówią. Wszystkie to samo. Nie potrzebują nawet tytułów. Są tak rozmieszczone, że się scalają w jeden przekaz – poważny na miarę ciężaru życia człowieka. Postać ludzka, przeważnie kobieca, w realnej rzeczywistości, ale odartej z atrybutów codzienności, jest główną bohaterką przedstawienia. Występuje samotnie lub z drugą postacią, a nawet z wieloma. Nie ma między nimi bezpośredniej relacji, jest bliskość jako odczuwalna obecność. Nie ma akcji, jest sytuacja – jakaś trudna, niezbywalna, opresyjna. Kształtna sylwetka w rozmaitych konfiguracjach, wtopiona w całość widoku, zarysowuje się wyraziście; bywa "niedokończona" – z rozmazanymi dłońmi, bez rysów twarzy, czasem są to tylko nogi, torsy z głową do pasa albo od pasa w dół; stoi, siedzi, biegnie, leży. Dzieje się. We wnętrzu tego, co zostało namalowane. I na tym koncentruje się uwaga. Nie na fabule i nie na konkretach, ale na dzianiu się dramatu. Sprawiają go barwy precyzyjnie dobrane i skomponowane. W oczach patrzącego parują znaczeniami. Kolory zachowują czytelność ustalonej symboliki, ale ją kierują na indywidualny szlak rozpoznawania poprzez nasycenia, zestawienia, tony, niuansowanie. Czerwień to miłość, żar, pragnienie, pełnia. Niebieski – oddalenie, nieobecność, niepoznawalność, a kiedy granatowieje to wręcz zakrytość, niewiadoma. Zielony – natura, ukojenie, oczekiwanie, nadzieja. Pomarańczowy energetyzuje, zachęca, zapowiada. Blady róż, także inne pastelowe rozjaśnienia to finezja drogi, etap z niepewnością zakończenia. Żółcie, nasycane na wiele sposobów, wnoszą światło, ciepło, optymizm, spełniając jednocześnie ważną rolę łączenia tego, co najbardziej niedościgłe z tym, co subtelne i nieomal dotykalne. Pojawia się też fiolet. I to nie powinno dziwić, kiedy w obrazie przenikają się dwie rzeczywistości, bo to kolor przejścia. Możliwe, że się wcale nie wydobywa z konceptu, ale z samej malarskiej roboty.
Na każdym obrazie człowiek, byt przynależny do natury jednocześnie ma łączność z bytami w ludzkim kształcie, ale uwolnionymi z przypadłości, więc reprezentującymi rzeczywistość niematerialną. Te dwa światy mieszają się. Nie ma ostrej granicy, jednak postać istniejąca fizycznie nie przekracza niewidocznej linii. Między postaciami jest bliskość, między światami – dystans. To znaczy, że tu nie została odmalowana malarska fantazja ani wizja religijna, ani projekcja filozoficzna. W takim razie imperatywem malowania musiała być pewność zdobytego doświadczenia egzystencjalnego. Wielokrotne powtarzanie chwytania w malarską formę tego samego fenomenu pozwala się domyślać, że chodzi o jakiś balans z doznaniem obecności na progu metafizycznym. Łatwiej to sobie uprzytomnić, przypominając na przykład Rozstrzelania Andrzeja Wróblewskiego. Tam również obecność i nieobecność postaci ukazuje się równocześnie, a na koniec wpatrywania zostaje się z niezaspokojonym poczuciem pustki. W obrazach, na które teraz patrzę, inna rzeczywistość istnieje, jest pełna, cała, lecz niedostępna postaciom uwikłanym dramatycznie w bytowanie ku śmierci. Sugerowana myśl metafizyczna podąża własnym torem w oddaleniu od martwych natur i pejzaży mistrzów holenderskich, gdzie odbija się ustalony porządek rzeczy ziemskich i niebieskich, a miara artystycznego wykonania przedmiotu porywa w sferę meta. Sceny rodzajowe Flamandów zostały oddane z taką precyzją szczegółów, aż widok codzienności odrywa się od realizmu w stronę niebiańskiego piękna. A współczesnej malarce momentalne przebłyski przez "normalność" własnego życia pozwoliły nie tylko doznać ale i poznać coś, co ją potem postawiło przy sztaludze. Mówi o pracy nad tymi obrazami: "się malowało" i nazwała wystawę Arrivals/Departures. Nie można tego wyznania lekceważyć, można uznać za świadectwo. Nie malowała tego, co wie ani tego, co widzi, lecz własne przeżycie. Stąd pewność. Wie jak malować, ma wprawną rękę. Przynaglona do unaocznienia wewnętrznego wydarzenia w jakimś stopniu musiała odwołać się do wyobraźni, reszta "się" dokonała jakby bezwiednie, bezpamiętnie. Proces tworzenia pozostanie tajemnicą nawet dla niej samej. Jednak przywilejem obcowania z tymi obrazami jest unikalna możliwość doznania prawdziwości malarstwa, dzięki wyjątkowej podwójności otwierającego się dostępu do warstw poznawczych. Obrazy ukazują świat jako kurtynę skrywającą sens istnienia człowieczego i same są kurtyną zakrywającą istotę sztuki. Malarka tworząc nowy, artystyczny przedmiot jednocześnie odkrywała jego bycie malarstwem. A na dodatek te obrazy mają za temat to, co same sobą czynią. Bez konceptualizacji, bez fantastycznej wizyjności, bez przekłamań trzymają się fundamentalnego dla nich doświadczenia egzystencjalnego. I dlatego myśl może się łatwiej przedzierać, wyczekując prześwitu czyli prawdy malarstwa. Oczywiście jest to droga w odwrotną stronę: od obrazu do doświadczenia. Własnego!
Marzenna Guzowska
* Do wystawy w Galerii Stara Prochownia w 2018 r. pt. Arrivals/Departures